Sam zdechniesz – wschodnie wspomnienia
Wpis został opublikowany 4 lata 9 miesięcy i 6 dni temu. Zawarte poniżej informacje mogą być nieaktualne
Wydarzenia spisane przez mojego dziadka Witolda Ignaczewskiego.
Wspomnienia te i refleksje są tylko krótkim i zwięzłym opisem ciężkiej pracy za bardzo lichą strawę w zmiennych warunkach klimatycznych. Żeby coś zrozumieć to trzeba samemu chociaż to zobaczyć. Wyobrazić sobie można, ale nie zrozumieć.
Każdy z nas przebywał pobyt tam po swojemu, ale choć na swój sposób, to jednak do głębi swego dramatu.
Sam zdechniesz
„Było to w dniu 22 stycznia 1945 roku. Dzień ten był dniem najsmutniejszym w moim życiu. Odtąd szczęście zmieniło się w wielkie nieszczęście. To data, w której wydarto mi męża, a tobie synku nasz, ojca. Daty tej nie możemy nigdy zapomnieć. W dniu tym przeprowadzaliśmy się. Ja wiozłam paczki wózkiem, a ojciec Twój saneczkami paczki, a na wierzchu tyś siedział Kochany synku. Jedna panienka idąc z dwoma oficerami wskazała twego ojca i zabrali go, i uwięzili jak zbrodniarza.
Mężu mój, wiem, że w szeregach tych razem z Tobą mogli być winni i również niewinni jak Ty, a ciebie znałam najlepiej.
Tobie słałam uśmiech, a ból, trwoga i rozpacz szarpały sercem i nikogo nie było kto chciałby was ratować.”
To słowo zapisane i pozostawione przez żonę moją Eugenię, która była obecna w chwili zatrzymania mnie przez władze radzieckie trzeciego dnia po wyzwoleniu Koła w Kole.Powiedziano mi, że mam się z nimi udać tylko na parę minut dla sprawdzenia dokumentów. Żona miała zaczekać na ulicy, tam gdzie stała.
Wprowadzono mnie do domu, róg Rynku i ul. Grodzkiej, a następnie do jednego z pokoi, w którym prócz siedzącego na podłodze pod ścianą Stefana Płockiego, szewca z Koła, nie było zupełnie nic. Byłem zdumiony i oszołomiony tym bardziej, że zabrano mi plecak, dokumenty oraz wszystkie przedmioty jakie z sobą miałem wraz z obrączką ślubną.
Nie pozostawialiśmy długo sami. Wkrótce pojawili się inni. Byli to różni volksdeutsche, odbici jeńcy radzieccy i Polacy jak były sędzia kolski Edward Talarczyk. Ten ostatni przyszedł sam, gdyż powiadomiono go, że przecież trzeba sądzić Niemców i on jest konieczny na sprawie jako sędzia. Zdumienie jego było ogromne, gdy wepchnięto go do pokoju, w którym była zbieranina różnych ludzi. Nie przepuszczał, że bez sądu będzie sam siedział.
Wkrótce nastąpiło przesłuchanie, które było krótkie i rzeczowe. Imię, imię ojca, nazwisko i rok urodzenia. Nie ważne, że im się coś nie zgadzało. Jeden z dwu przesłuchujących wyraził powątpiewanie mówiąc:
- To nie ten, wypuść go
Gdy wyszedł z pokoju, pozostały zapytał, raczej sam stwierdzając
-Współpracowałeś z Niemcami!
-Nie – odpowiedziałem. Pracowałem jako kierowca.
-To też współpraca
-Nie – zaprzeczyłem
- No to patrz! Tam ściana ratusza, a tu rewolwer. Podpisz. Nie podpiszesz to pamiętaj, nie będę z tobą dużo mówił, bo wojenny czas.
By zyskać jeszcze paręnaście godzin, w których mogło przyjść wybawienie w postaci wyjaśnienia, jak mi się wydawał0o pomyłki podpisałem, by nie zginąć od razu. Podpisali i inni kierując się i obawą przed śmiercią i myślą o wyjaśnieniu sprawy. Jedliśmy co nam żony podały, bo nikt nie dbał by nas karmić. Spaliśmy na gołych deskach we własnych ubraniach, a wszystko co mieliśmy prócz machorki zabrano nam w depozyt. Był to przecież zwykły rabunek. 25 stycznia poprowadzono nas do oddalonej o 20 km Kłodawy. Żona i spora grupka znajomych towarzyszyły nam z Rynku do mostu na Warcie. Dalej nie pozwolono im przechodzić.
Na moście obejrzałem się i ujrzałem żonę z ręką podniesioną w górę i palcem wskazującym w niebo. Zrozumiałem to jako: „Niech Bóg ma was w opiece”. A było to ostatnie nasze pożegnanie. Mróz tego roku był silny. Nie wszyscy byli ubrani ciepło. Starszy wiekiem mężczyzna był tylko w marynarce, a na nogach miał drewniaki. Ciężko mu było iść i trochę odstawał od całej grupy. Prowadzący konwojent kazał mu odpocząć na przydrożnym słupku, nam zaś przekazał nie oglądać się. Po pewnym czasie słychać było krótką serię z pepeszy i konwojent wrócił sam. Tamten przestał chodzić na zawsze.
Cała grupę prowadził jeden konwojent ruski. Reszta to młodzi mężczyźni Polacy, którzy wstąpili do organizującej się milicji. Znali mnie wszyscy i postanowili pomóc. W tym celu upili ruskiego konwojenta i wzięli na przód grupy, aby nie widział co się dzieje za nim. Do mnie zaś przyszedł jeden z nich proponując bym usiadł w rowie, poczekał aż oddalą się i udał do rodziny w pobliskiej miejscowości.
Uznałem, że bez dokumentów jest to zbyt ryzykowne i niebezpieczne, jednoczenie ucieczka utwierdzi wszystkich w przekonaniu, że jestem coś winien,
W Kłodawie było znów przesłuchanie, które prowadził pułkownik starszy wiekiem. Pytania jak poprzednie, ale odpowiedzi nie zgadzały się z zaprotokołowanymi. Sporządził więc nowy protokół, a do mnie powiedział: „Skoro pajdziosz damoj”. Nie poszedłem, bo nocą 27 stycznia wśród zamieci śnieżnej ze związanymi sznurami rękoma i nogami wywieziono nas z Kłodawy w nieznane samochodami ciężarowymi pod plandekami. Pilnował nas konwojent z bronią i nie zezwalał na rozmowę oraz wyglądanie. Ktoś jednak rozpoznał, że przejechaliśmy Warszawę i po pewnym czasie, już o lekkim zmroku usłyszeliśmy szelest gałęzi o brezent samochodu.
Ojciec Walczak powiedział do syna: „ To już koniec. Tu nas rozwalą.” Oboje byli z Kutna. Nie rozwalili, a wyładowali nas w jakiejś dużej zagrodzie. Była to miejscowość Przyłek, gmina Sobolew, powiat Garwolin. To odczyt z tabliczki na leżących tam saniach.
Zajęliśmy prycze już przygotowane w dawnej oborze i stajni, na co wskazywały murowane koryta przy ścianach oraz brak jakiejkolwiek podłogi.
Tu dostaliśmy liche porcje zupki i kawałki chleba. Trochę dokarmialiśmy się piekąc w ognisku coś w rodzaju placków z otrąb, które szczęśliwym trafem nie zostały usunięte z przyległego spichrza. Na długo to nie wystarczyło dla wielu ludzi. Próbowaliśmy piec placki z pośladu, ale było zbyt wiele ości. Byłemu pracownikowi urzędu gminy w Grzegorzewie pow. Koło, Ebertowi udało się przedostać przez druty i biec w stronę widocznej niedaleko wioski. Przepuszczał, że tam znajdzie schronienie. Nie wiedział, że i tam są ryscy, a wzięty w ogień z tyłu i przodu padł plamiąc krwią biel śniegu.
13 lutego wymaszerowaliśmy znów w nieznane. Na nocleg zatrzymaliśmy się w Rykach. Tam w dniu następnym zwolniono około 25 osób. Wszyscy z sądownictwa. To chyba jedna z grup, o których wspomina Leon Chajn w „Kiedzy Lublin był Warszawą” str. 78 – 85. Staliśmy uszykowani do dalszego marszu z nadzieją, że nasze sprawy rozpatrzą i puszczą, jak tych 25-ciu. Padał śnieg z deszczem i ktoś blisko mnie stojący zwrócił na to uwagę, a wartownik powiedział: „To nic. Pojedziesz tam, gdzie cały rok będzie śnieg”. Dopiero to powiedzenie uświadomiło nas, że jedziemy na zsyłkę, na „białe niedźwiedzie”, a nie do Lublina pod opieka naszego wymiaru sprawiedliwości. Rozwiało nadzieje na wczesne zwolnienie i powrót do domów. Jednocześnie rodziły się pytania: Jak to? My obywatele polscy, bez sądu, bez jakiegokolwiek rozpatrzenia mamy być wysłani w głąb Związku Radzieckiego. To były pytania zadawane samym sobie i to nie głośno, bo wszelkie „rozgawory” były zakazane. Pod groźbą zastrzelenia nie wolno było zboczyć kroku w prawo lub w lewo. Nie wolno było zostawać. Jeśli ktoś chciał załatwić fizjologiczną potrzebę przemykał się do przodu i kucał, a koledzy z ostatniego szeregu podnosili go, aby nie został.
W pamięci mojej został obraz lasu około 100 metrów od szosy, latające i krakające wrony. Prawie dziś słyszę za mną czyjś głos: „Kruki i wrony kości nasze rozdziobią”. Czy przeżył ten człowiek? Wątpię, bo ci co tracili nadzieję nie wracali.
Dobrnęliśmy do Dębina. Dębin siedziba „Szkoły orląt” był zniszczony. Zrujnowane domy, okna wyłamane, brak szyb które zastąpiono deskami lub sklejką, a ulice puste.
Z dala słychać było odgłos syren parowozowych, które przecież tak bardzo różniły się od gwizdu naszych kolei.
Rozglądałem się, by gdzieś dostrzec ślady lotniska i jego zabudowań, zatrzymać wzrok na mundurze pilota czy lotniska. Miasto sprawiało wrażenie wymarłego.
Doprowadzono nas do torów i czekających na nas wagonów towarowych, krytych, z piecykiem blaszanym pośrodku i ubikacją w postaci korytka uchodzącego wylotem na zewnątrz wagonu. Żadnej pryczy, żadnego innego przedmiotu. Do tej pory mieliśmy możność obmycia się śniegiem. Teraz około 70-ciu chłopa siedzieliśmy tak cały tydzień, w czasie którego, od czasu do czasu, nieregularnie rzucano nam w jakimś worku trochę sucharów z razowego chleba i podano jakiś płyn zwany zupą, która piliśmy z puszek po konserwach, które nam również wrzucano w niewielkiej ilości. Piliśmy więc szybko, aby oddać towarzyszowi niedoli, aby i on otrzymał. Kto nie zdążył nadstawić puszki nie otrzymywał już zupy.
16-go lutego transport ruszył. My zaś obserwując słońce orientowaliśmy się w kierunku jazdy. Niestety był to kierunek wschodni i z niewielkim odchyleniem utrzymywał się przez 3 tygodnie, a w tym czasie zmienił się krajobraz.
Coraz rzadziej widać było domy, a coraz więcej lasów.Kiedyś zdumieni patrzyliśmy na sterczące kikuty drzew ciągnące się na przestrzeni kilku kilometrów. Był to obraz lasu po pożarze. Nie myci przez miesiąc czasu, zarośnięci, zawszeni, głodni i zziębnięci, odżywiani sucharami razowego chleba i solonymi śledziami, spragnieni wody, pozbawieni nadziei na rozpatrzenie w kraju naszych ewentualnych win, traktowani jak zbrodniarze i zrozpaczeni coraz bardziej oddalającą się ojczyzną i pozostawionymi rodzinami, pozostaliśmy poza prawem.
Nawet żołnierze polscy dwukrotnie spotkani w czasie naszej wędrówki, odmawiali nam pomocy w postaci choćby powiadomienia rodziny, nie pomogli, że nie tak dawno byli w podobnej sytuacji. A może otumaniono ich, że my wszyscy to zdrajcy? A może w obawie, że wrócą z nami, naszym transportem?
W takich warunkach nie dziwiło nas, że rano ktoś nas już opuścił, że w nocy zmarł. Zmarł ojciec lat 83 i syn jego 60-letni Ostrowscy z Gosławic. Zmarł major niemiecki wzięty do niewoli w Kutnie. Zmarli inni, których nazwisk nawet nie znam. Wyrzucono ich jak zwykły balast wprost na tory. Przyszedł ktoś, wziął za nogi, wsadził sobie je pod pachy i ciągnął, a głowa nieboszczyka tłukła po podkładach dziwnie unosząc się i opadając jak gdyby w pożegnalnych dla nas ukłonach, lub w przytakiwaniu naszego tragizmu.
Na postojach słychać było głuchy głos wołania: „Wody! Wody!”. I chociaż przez szpary widać było jak woda leje się strumieniem do tendra lokomotywy, nikt wody nie dał. Lizaliśmy oszronione części w metalowe w wagonie. Na splecionych sznurkach z obrywanych pasków koszul przez otwór, który odprowadzał nasze odchody wypuszczaliśmy puszki od konserw, które chwytały trochę śniegu w czasie biegu pociągu. Ale co to była za woda!? To maź nie wiadomo z czego. Rozgrzana własnym ciałem z obrzydzeniem dawała się pić.
Przez otwór w dachu wagonu po wyjęciu rury od piecyka próbowali niektórzy zagarnąć śnieg lub złapać padający. Wtedy słychać było strzały. Na prośbę o podanie wody konwój odpowiadał: „
-Nie damy!
-To zastrzel – powiedział proszący
-Po co? Szkoda kuli. Sam zdechniesz.
Na każdym postoju wagony były skrupulatnie kontrolowane czy nie są poluzowane deski. W tym celu ściany opukiwane były specjalnym młotem. Zdarzało się, że podczas postoju drzwi się otwierały i zamiast posiłku czy wody zjawiało się kilku skośnookich dryblasów, którzy kazali niektórym zdjąć buty, innym płaszcze lub marynarki czy spodnie, a gdy wskazany odmówił, został dotkliwie pobity, a nawet skatowany i tracił swą część garderoby zabranej mu zwykłym rozbojem. Nigdy nie wiadomo było, kiedy przyjdą, co i u kogo im się spodoba. Straciłem i ja swój płaszcz i buty. Oddałem bez bicia. Dostałem za to jakiś łachman i trepy. Dobre i to. Przynajmniej mniej marzłem. A praktyki te działy się za przyzwoleniem konwoju. Ze skośnookimi współpracował Żyd Dawid z Wieleńszczyzny. Chyba „własowiec”, bo nosił jednak mundur niemiecki. Żałował swych czynów, gdy znalazł się w jednym obozie z nami. Pracował w kopalni węgla i przetrwał do naszego wyjścia z tego obozu. Nie mściliśmy się na nim.
W takich warunkach dojechaliśmy do stacji kolejowej Baskaja. Wyładowano nas na lewą stronę pociągu. Prócz budyneczku stacji i w dali kilku chat, tylko las płaszczyzna śniegu. Tu przechodzilismy przed komisją, która przeprowadzała segregację. My z Koła: Stefan Płocki, Edward Talarczyk i ja, postanowiliśmy trzymać się razem i tak znaleźliśmy się w jednej grupie około 500 osób. Grupa ta mniejsza od pozostałych pojechała dalej, aż po trzech dniach jazdy wyładowano nas na rampie w mieście o znamiennej nazwie Mołotow od 1940 do 1957, dawniej i obecnie Perm. Słaniających się i ledwo powłóczących nogami zaprowadzono nas do łaźni, w której najpierw łapczywie napiliśmy się dowoli wody. Ostrzyżono nas i wygolono, a odzież oddano do „wszobojki”. O dokładniej kąpieli nie było mowy, gdyż nie otrzymaliśmy mydła, a wodę włączona na krótko i do tego zimną.
O losach większej części pozostałej w Baskaja dowiedziałem się później w innym obozie. Ale o tym dalej. Tegoż samego dnia wyjechaliśmy z Mołotowa a 14 marca przyjechaliśmy do miasta Kiziel, w którym pozostaliśmy krótko pracując przy kopaniu zmarzniętej ziemi jakiegoś rowu zwykłymi łopatami i kilofami od rana do zmroku.
Wyżywienie to 400 gramów chleba i zupa z ziarnem pszenicy, które przechodziły przez żołądek często nie strawione.
W obozie tym znajdowali się Polacy, Niemcy różnych stopni od volks- do balten- i czarnomorskich deutschów, Ukraińcy, Białorusini i różnej narodowości własowcy.
Z Kiziela nas Polaków, Żydów z Łodzi i paru Litwinów w siarczystym mrozie odkrytymi węglarkami przewieziono do kopalni węgla „33 Kapitalnaja” w Jużnym Kospaszu. Inni pojechali do Gubachy lub Beraźnik. Miejscowości te i Jużnyj Kospasz leżą na północ od Permu na granicy Uralu Środkowego i Północnego.
Baraki w tymże obozie były niewielkie, drewniane, kuchnia, warsztat szewski, stołówka, pralnia obok bania z suszyłką i wszobojką, nawet „krasnyj ugoł” czyli „czerwony kąt” jako świetlica oraz bolnica, w której urzędował niestrudzenie i opiekuńczo doktor Eliasberg z Łodzi. Żydzi z Łodzi byli winni, że przeżyli piekło łódzkiego getta. Byli winni, że Niemcy ich nie zamordowali.
To wszystko otoczone wysokim płotem drewnianym z drutem kolczastym na szczycie i budkami strażniczymi na załamaniach, a w nich reflektory i gongi, którymi regularnie posługiwali się strażnicy. Przed płotem i za nim pasy kilkumetrowej szerokości ładnie wysypane trociny i równo zagrabione, z niskim płotem z tabliczkami, a na nich napisy w języku niemieckim: „Berbotene Zone! Schiesse!” oraz w języku rosyjskim: „Zapretnaja Zona! Streliu!”. Na bramie wejściowej półkolisty łuk z gwiazdą czerwoną w środku, a pod nią również łukiem piękny i budujący nas napis w języku rosyjskim: „Chwała lepszym górnikom”. Na ścianie szczytowej baraku widocznego zaraz po przekroczeniu bramy przedstawiony wiertacz przy ścianie węglowej i wózki z węglem oraz napis: „Damy węgla więcej, ponad plan” – również po rosyjsku.
W dniu 1-szym kwietnia 1945 roku po tak zwanej prowierce uszykowani w brygady poszliśmy do kopalni. A więc uczyniono z nas górników i do tego zaszczyceni jesteśmy mianem „Speckontyngentu”. Do dziś nie mogę docenić tego zaszczytu, a do czego ten kontyngent miał być przeznaczony, to cos niecoś wiem.
Wielu, wielu jednak doczekało się tego przeznaczenia. Trupy ich nagie zawijano w prześcieradło i wiozło do zbiorowej mogiły przy której wózek czy sanki przystawały. Prześcieradło brano za bok i ciągnięto. Nieboszczyk turlał się odkręcając z prześcieradła i wpada do dołu który zasypywano jak był pełen. Po pewnym czasie ktoś wpadł na pomysł, aby nieboszczykom na przeguby rąk zakładać miedziane paski z imieniem i nazwiskiem zmarłego i tak praktykowano.
Wspomnieć wypada o dniu 1-szym Maja. Naczelnik „po trudu” zarządził zbiórkę w podniosłych słowach zaapelował, że w dniu solidarności „czarnoroboczych” na całym świeci uczcimy to wydajniejsza pracą i damy urobku węgla ponad plan. Będzie to nasz wkład w walce o zwycięstwo socjalizmu i komunizmu.
Na szczęście mowę swą przedłużył o tyle, że zdążył przybyć naczelnik obozu, który przerywając mu tak wzniosły apel rozkazał rozejść się i świętować ten dzień, tak jak świętują na całej kuli ziemskiej.
9-ty maja był pogodny i słoneczny. Podczas porannej zbiórki brygad do pracy słychać było z głośników radiowych muzykę z słowa: „Pobieda pobiedzili”, często się powtarzające. Ktoś przetłumaczył, że to: „zwycięstwo i zwyciężyliśmy”. Naczelnik obozu powiadomił nas osobiście o tym wydarzeniu.
Nadzieja wstąpiła w nas, że teraz nie ma już potrzeby przetrzymywania nas w obozach. Teraz upomni się o nas polski rząd, a skoro koniec wojny, to choćby w takich warunkach, wytrzymamy jeszcze parę tygodni.
Naiwni, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to ten rząd sprzedał nas już 25 lipca 1944 roku. Wtedy nie padło pytanie: „Jak mogło do tego dojść?”. Odpowiedzi nie mogę znaleźć nawet dzisiaj.
A praca w kopalni? Mordercza na trzy zmiany. Jest to mokra kopalnia węgla. Nie groziły nam wybuchy gazów. Jedynymi wybuchami były wybuchy odstrzałów na ścianie węglowej. Ale już w szybie, w czasie zjeżdżania windą w dół byliśmy przemoczeni lejącą się wodą. Podzieleni byliśmy na brygady. Brygada do ładowania i przepychania wózków z węglem do windy i pustych od windy. Brygada do wrzucania węgla po odstrzale do rynien, którymi węgiel zsuwał się z górnego wyrobiska do głównego korytarza prowadzącego do windy. Ścianę węglową podcinało się tak zwanymi „kaczym dzibem” czy jak nazywano „wróbmaszyną” z napędem elektrycznym, ale wyciągało się ją z dołu w górę po pochyłości, ręczną windą, którą obsługiwały cztery kobiety Tatarki.
Powyżej podcięcia trzeba było nawiercać otwory do ładunków odstrzelających świdrem dwumetrowej długości. Pokład węgla był grubości od jednego metra sześćdziesięciu centymetrów do dwóch metrów i tak pochyły, że węgiel z rynny z blachy zsuwał się pod własnym ciężarem. Wiercąc w ścianie stało się zawsze jedną nogą niżej. A wszędzie kapały krople wody tak, że po ośmiogodzinnej pracy wszystko było przemoczone.
Zmiana musiała wykonać normę. Za wykonanie normy otrzymywało się 600 gramów chleba razowego z mąką kukurydzianą i zupkę plujkę, gdyż łuski owsiane trzeba było wypluwać, zupę „szczi” licho wie z czego, bałandę lub z pokrzyw.
Zdarzało się, że zmiana musiała pozostać na dole na następne osiem godzin, bo trzeba było przekroczyć plan lub zmiana nie wykonała normy. Wtedy przez 16 godzin pozostawaliśmy bez posiłku. Szczególnie ciężka była praca wiertaczy, bo odczuwana na całym ciele. Wykonywało ja dwóch ludzi. Wibracje świdra, drgania i rzucania mimośrodowe tegoż świdra, dźwiganie i napór swym ciałem szesnastokilowej wiertarki elektrycznej, którą pchało się na przemian barkami, piersią, biodrami, plecami, brzuchem, nogami lub nawet tyłkiem powodowały obolenia całego ciała.
Nie wiem jak wygląda piekło, ale to chyba był jego przedsionek. Tu w ciemnościach węglowych korytarzy nic nie znaczyły dawne stanowiska, wykształcenie lub pozycja społeczna. Tu, dla tego zbiorowiska wynędzniałych postaci z wysiłkiem nadludzkim operujących łopatą, kilofem lub młotem liczyła się umiejętność przystosowania się do warunków, aby trwać i przetrwać. Lecz aby przetrwać konieczna była wola, wiara i nieodzowne pożywienie. Wojna zmienia wartościowanie życia ludzkiego, o które walczy się w odgłosach strzelaniny i wybuchów bomb, ale podyktowane to jest brutalnością walki. Tu brutalność była wyrafinowana, prawie w ciszy, wymyślona zbrodniczo za biurkiem w gabinetach, po to by ludzi wyzuć z godności osobistej, upodlić i pozbawić nadziei powrotu do normalnego społeczeństwa, a tojuż równoznaczne było ze śmiercią.
Marli młodzi i starsi. Starych nie było. Ci wymarli w transporcie. Latem wyjazd z kopalni był chwilą oczekiwania ujrzenia znów słońca. Uciążliwością była lejąca się w szybie woda. Zima wyjazd taki był lodową zmorą, szczególnie dla tych, którzy wyjechali pierwsi i na trzydziestostopniowym mrozie musieli w mokrym ubraniu czekać na ostatnich kolegów. Po kilku minutach byli w lodowym pancerzu.
Nic dziwnego, że biegało się w nocy nawet po kilkanaście razy oddać mocz.
Na pryczach układaliśmy pod siebie niedosuszone w „suszyłce” watne spodnie, pod głowę buty i czapkę, a za przykrycie służyła wilgotna „fufajka”
Siły systematycznie nas opuszczały. A zdrowie? Tam nikt nie był zdrowy. Postępująca puchlina, zaczynająca się od nóg i krwawa biegunka były zwiastunem bliskiego końca udręki, ale i życia. W takich warunkach ktoś spróbował ucieczki wprost z kopalni, z brygady dowożącej stemple do wyrobiska. Udało mu się uśpić czujność konwoja. Daleko nie uciekł Przynieśli go martwego, zastrzelonego i zmasakrowanego.
Pracę w kopalni rozpoczęło około czterystu chłopa. W końcu lipca 1945 roku parę osób wysłano do domu, w tym Stefana Płockiego i dr. Eliasberga, wspomnianych na wstępie. Dopiero od tych, którzy wrócili nasze rodziny dowiedziały się, że żyjemy i gdzie się znajdujemy.
Natychmiastowe starania o nasz powrót nie dały pożądanych wyników. Podczas osobistej wizyty mojej matki u Prezydenta Bieruta otrzymała odpowiedź: „Jeśli żyje to wróci”. – Czekaliśmy jeszcze przeszło dwa lata.
Wyżywienie, warunki, ciężka praca wiertacza oraz dwukrotne podtrucie gazami wybuchowymi sprawiły, że znalazłem się w szpitalu, w którym prócz dr. Eliasberga nic innego nie było. Brak było leków i narzędzi.
Lekarz ten operował Tadeusza Góreckiego nożem wykonanym ukradkiem w warsztatach kopalni, podając operowanemu zwykła wodę lekko osłodzoną sugerując, że to środek znieczulający. Blaszkowy odprysk czaszki usunięty, ale pozostał zniekształcony nos rozbity bryła węgla.
W sierpniu 1945 roku było nas już niewielu. Na zmianę wychodziło około 20-tu ludzi. Zasilono nas grupą własowców w liczbie około 800 ludzi.
W szpitalu pojawił się młody lekarz Dobrowolski. Chyba Polak, bo znal język polski, a używał go w wypadku rozmowy z nami w cztery oczy. Zastrzegał przy tym aby go nie wydać. Kiedy zdrowie wróciło mi, zostałem wypisany ze szpitala i skierowany do pralni, w której urzędował stary Litwin. Ze względu na moje imię darzył mię zaufaniem i sympatią, darowując często swoją zupę.
W październiku już był mróz i dopiero w tym czasie skosztowaliśmy po raz pierwszy ziemniaków całkiem zmarzniętych, bo składowanych na wolnym, mroźnym powietrzu. Chodząc po wodę dla pralni do studni udawało nam się podkraść ziemniaki. Konwój udawał się do wartowni, przezornie zasłaniał swą osobą okienko, a my w tym czasie nabieraliśmy ziemniaki wiaderkiem. Były to ludzkie odruchy jak przebłyski słońca na chmurnym niebie cierpień, głodu, mrozu, niedoli i osamotnienia coraz mniejszej liczbie naszej społeczności.
Życie i praca tam były udręką, którą niewielu z nas przeżywało. Może najwięcej opisuję ten obóz, ale w nim właśnie najwięcej doznałem przeżyć, wzruszeń, cierpień i nędzy. Były to pierwsze doznania w zgoła nieprzewidzianych okolicznościach i nieznanym naszemu społeczeństwu. Na tym skrawku ziemi otoczonej płotem, ograniczonej wolności kukuszkami, podziwialiśmy cudne zachody słońca i wpatrzeni jak znika za horyzontem, za którym przecież był nasz kraj, nasze rodziny, staliśmy niemi i tylko drgania ust świadczyć mogły o jakiejś cichej mowie, bezdźwięcznej, a żarliwej modlitwie.
Latem podziwialiśmy białe noce, ale zimą pracując na pierwszą zmianę, nie oglądaliśmy słońca całymi tygodniami.
W końcu naszego pobytu w tym obozie zakazano nam używać nazwy „Speckontyngentu” i dla odmiany nazwano internowanymi. Warunki pracy trochę się polepszył. Norma i charakter pracy zelżały, ale nadal istniał obowiązek pracy. Naszą brygadę zaczęto traktować jako brygadę „inostrancow” z pewnym pobłażaniem.
22 grudnia 1945 roku po śniadaniu zebrano nas w liczbie 53 osoby, pozostałą resztę i po uzupełnieniu odzieży w magazynie, wyruszyliśmy z obozu do stacji kolejowej, aby jechać do domu. Wiedzieliśmy, że to kłamstwo jak wiele innych. Konwojował nas jeden bojec i rozlokował w wagonie pociągu osobowego. Ułożyłem się na podniesionym oparciu obok jakiegoś podróżnika. Rozmyślając co czeka nas dalej słyszałem, że ktoś tam (kobieta) narzekała: „Gdzie mój chleb? Gdzie mój suchar?” – usnąłem. Obudziło mnie jakieś obmacywanie. Otworzyłem oczy i ujrzałem nachylonego nade mną młodego mężczyznę. Spokojnie powiedziałem mu, że nic nie mam, bo ja „łagiewny człowiek”. W zamian za to podarował mi bochenek chleba. Po czym z towarzyszącym mu drugim osobnikiem oddalili się żegnając słowem: „praszczaj”. Przypomniały mi się słyszane słowa kobiety „gdzie mój chleb?”, a jednocześnie opowiadania o żulikach. Widocznie moje spokojne zachowanie podobało im się i obdarowali mnie skradzionym chlebem.
Wieczorem byliśmy w nowym obozie Jajwa. Zbliżając się do bram obozu minęliśmy grupkę osób, która bez konwoja, z suchym prowiantem podobno udawała się do stacji kolejowej, aby odjechać do Kraju. Nie wiem czy odjechali. Nam przydzielono na nocleg pusty barak z rozwalonym paleniskiem i szparami w ścianach między okrąglakami. Mech uszczelniający, który jeszcze tkwił w ścianach użyliśmy do rozpalenia małego ognia, przy którym ogrzewaliśmy się. O spaniu nie można było myśleć. Groziło przecież zamarznięcie.
W obozie tym pracowaliśmy przy załadunku dłużyc sosnowych. Nie wszyscy wychodzili naraz do pracy, gdyż brakowało odzieży. Ci co zostawali musieli część swej odzieży pożyczać idącym do pracy. Mróz był siarczysty, bo 40C poniżej 0C, a dochodził do 54C. Narzędzia pracy to zwykle drążki i własne ręce oraz plecy.
Praca była niebezpieczna, bo niektóre popychanie dłużyc mogło spowodować jej ześlizgnięcie się o przygniecenie pracujących. Przed mrozem uszy chronione były klapami czapki. Podobnie czoło. Policzki i noc zasłanialiśmy jakąkolwiek szmatą oblodzoną parą oddechów. Tylko oczy było widać, a nad nimi oszronione brwi. Razem z nami byli, Polacy, Niemcy, niewielu Ukraińców, ale po raz pierwszy były z nami kobiety Polki, które przecież w wigilię Bożego Narodzenia zaprosiły nas na kolędy do swego baraku bez pryczy. Ściśnięci w grupkę, grzejąc się własnymi ciałami przenocowaliśmy.
Z nami pracowali tzw. „wolni”, którzy musieli mieć specjalne zezwolenie na to. Zaintrygowała mnie młoda niewiasta. Jej zachowanie, odnoszenie się do nas, wysławianie było jakieś inne, miłe. Kiedyś zagadnięta przeze mnie, że nie jest tutejsza, po namyśle powiedziała mi, że jest córką generała. Ojciec nie żyje, a reszta rodziny przebywa tutaj, a więc jest tutejsza. Czasem przynosiła mi kawałek chleba, wręczając go ukradkiem. Unikała jednak rozmów.
Każdego dnia były odmrożenia. Najtragiczniej przeżył odmrożenie Tadeusz Pikuła odmrażając sobie palce i dłonie, a przecież był organistą i pianistą. Spotkałem go po powrocie do Wrocławia. Długie leczenie przywróciło mu sprawność w palcach i dłoniach.
Całe szczęście, że z nastaniem mrozów ustawał całkowicie wiatr. Śnieg sypał nie tworząc zasp, ale grubość pokrywy śnieżnej przekraczała 1 metr. Dymy z chat, baraków i kominów jakichś zakładów widocznych w dali, snuły się pionowo w górę sięgając prawie zenitu. Nie wyobrażam sobie, gdyby przy mrozie 30 – 35 C jeszcze dął wiatr. Zamarzali byśmy jeden po drugim.
Pochówek był tu inny niż w poprzednim obozie. Śmiertelność była mniejsza. Nieboszczyka zwiniętego również nago w prześcieradło wywoziło się za obóz, a miejsce przyszłego grobu zależało od konwoja, który stawał, gdzie uznał za stosowne i wskazywał: tu. Kopało się wąski prostokąt o głębokości 30-40 cm, Kładło nagie ciało i przysypywano ziemią ze śniegiem. Nigdy nie było wiadomo, gdzie i kto leży.
Pod koniec pobytu komendant obozu, Ukrainiec, przydzielił mnie do pracy w pralni. Kierownikiem jej był miły, sympatyczny kapitan AK – Jerzy Gójski z Warszawy. On organizował wypady do kuchni na obieranie kartofli. Zawsze parę sztuk zdołaliśmy mu przez okno wyrzucić, by po powrocie do pralni pokroić na plasterki i przypieczone na blasze kuchennej ze smakiem zjeść.
Jak w obozie poprzednim i następnych nocą plagą były pluskwy rozmazywane po ścianach palcami. Kiedyś naszą salę odwiedził sam naczelnik obozu i ujrzał białą ścianę w czerwone plamki. Rozkazał, aby na drugie dzień wybielić ściany i nie malować czerwonych plam. Po kilku dniach przyszedł sprawdzić i zobaczył to samo co przed malowanie. Machnął ręką i powiedział: „No tak, pobieliliście, ale znów pomalowaliście”.
W rozmowach z Jerzym Gójskim dowiedziałem się, że zmarł tu mój profesor z Państwowej Szkoły Techniczno – Przemysłowej w Łodzi. Po powrocie z Gójskim kontaktowaliśmy się i czasem bywał u mnie we Wrocławiu. Zmarł.
Zbiórki i prowiewki w obozach były często stosowane. Tym razem zbiórka była niespodzianką. Przybyli nowy oficerowie, którzy okazali się „kupcami” jak ich później nazywaliśmy. Przybyli jak na targ niewolników oglądając nam ręce, przyglądając się twarzom i postaciom. I po takiej selekcji zamiast do domu wieźli nas do wagonów towarowych, strzeżonych, podobnych zresztą do tych, jakimi przywieziono nas z Polski, przez 10 dni, by 18 lutego 1946 roku wyładować nas w miejscowości Kruticha (dwa dni pieszej wędrówki od Reża).
Był to niewielki obóz z barakami z okrągłych pni, ze stołówką o „stołach” wspartych na żerdziach wbitych w gołą ziemię. Łyżek i misek nie było. Zresztą po co? Chleb zjadało się łamiąc go delikatnie, by nie uronić ani kruszynki, a zupę wodę wypijało się z puszki od konserw. Z porcji zupy- wody odstawionej, aby się ustała pozostawały dwie łyżki mętnej cieczy z paroma ziarnkami kaszy jaglanej i czasami kawałek ziemniaka lub jego łupinki.
Nasza praca polegała na ręcznym przepiłowywaniu dłużyc, często grubych na 80 cm, na mrozie i w śniegu.
Dłużyce przyciągały potężne ciągniki zwane „Stalińcami”. Praca trwała od rana do zmierzchu. Barak zimny z popsutym piecem, gołe deski do spania. Aby sie ogrzać w końcu baraku, przy rozwalonym piecu rozpaliliśmy ognisko i zawszeni siadaliśmy wokół, ściągaliśmy koszule i choć w plecy było zimno, to miłe ciepło kładło się na piersi. Wyszukiwaliśmy, a właściwie wybieraliśmy plugawe pasożyty i rzucaliśmy w ogień. Rozładowaliśmy kiedyś 3 wagony prowiantu z Lublina ze znakami Czerwonego Krzyża. Był tam makaron, suszone ziemniaki i konserwy, ale nic z tego nam się nie dostało.
Takie warunki spowodowały naszą determinację i ogłosiliśmy głodówkę, wyłączając chorych. Naczelstwo obozu było wściekłe. Kilka osób, w tym Alfonsa Bercikowskiego z Bydgoszczy, posadzili do karca. Na krótko jednak, bo przyrzekli nam rację zapewnili, że wyżywienie poprawi się. Było coś niecoś lepsze, ale i tak niewystarczające przy tak ciężkiej pracy. Kapitan Sawczenko z Kutna ledwo szedł do pracy wspierany przez nas. Zmarł Andrzejewski z Konina leżący tuż przy mnie.
Rzekomy szpital to szopa bez żadnego lepszego niż prycze wyposażenia i również bez pieca. Część z nas budowała nowy barak, już częściowo postawiony przed naszym przybyciem. Co w dzień postawiono, to w nocy rozbieraliśmy na opał. W rezultacie w momencie naszego odejścia barak był niższy niż w chwili naszego przybycia.
Na szczęście nie byliśmy długo w tym obozie. Każda zmiana obozu mogła nam wróżyć polepszenie lub pogorszenie obozu, ale ten opuszczaliśmy z zadowoleniem i nadzieją, że w następnym przynajmniej wyżywienie nie będzie takie podłe.
Wyprowadzona nas pieszo w nową wędrówkę. W trzaskający mróz, wyczerpani i zdeterminowani, wlekliśmy się popędzani i przynaglani przez konwój.
Po drodze trafiliśmy na podobny, lecz liczniejszy orszak podążający w kierunku przeciwnym. Zatrzymano oba zgrupowania, a konwoje nas pilnujący poczęli naradę czynić, aby w czasie mijania nie pomieszali im sie ludzie. Staliśmy, bo siadać nie było wolno, a prawie każdy z nas miał przemożne pragnienie trochę siąść i chociaż na chwilę się zdrzemnąć. Tak było błogo i cicho, może nawet ciepło. Był to kuszący zew śmierci przez zamarznięcie. Konwój zmuszał nas do ciągłego ruchu strzelając nawet dla postrachu. Kolumna idąca z przeciwka zboczyła z drogi brnąc po pas śniegu. Tych z pierwszego szeregu zmęczonych zmaganiem się z nawałem śniegu zmieniali z szeregów następnych i to tylko po to męczono ich, aby minęli nas w odległości około 20 m na długości 50- 60 m. Szliśmy przez las stojący cicho i nieruchomo. Potężne czapy śniegu pozginały swym ciężarem brzózki w łuki i półkola. Tylko skrzyp śniegu pod stopami było słychać. Las milczał, żadnego podmuchu wiatru i gdy pod wieczór ujrzeliśmy dymy unoszące się pionowo w górę poweseleliśmy na myśl, że ogrzejemy się wkrótce, bo nocą prowadzić nas nie będą. Zawiedliśmy się. Zgromadzono nas w nieopalanym pomieszczeniu na nocleg w jakiejś wiosce. Przybyło tu ludzi z innej grupy, którą do nas przyłączono, a której cel wędrówki pokrywał się z naszym.
W grupie tej znalazł się były Sołtys z Grzegorzewa Stanisław Pieńkowski. Wspominam o nim, gdyż znał moich rodziców i mnie od dziecka. Opiekował się później mną prawie jak ojciec. Był gońcem, bo wiek i schorzenia nie kwalifikowały go do pracy. Oddawał mi często pół porcji chleba i zupę, abym przetrwał i wrócił do żony i małych dzieci. Był z grupą, która pozostała w Baskaji. Z opowiadań jego wynikało, że obóz Baskaja położony był nad strumykiem, z którego czerpano wodę dla potrzeb obozu. Ludzie marli tu prawie masowo na puchlinę wodną i biegunkę zwana po rusku „panos”. Niemcy zaś nazywali Durchfall mit Blut und Fieber. Z nocy było 20 do 30 trupów. Została garstka.
Wracam do naszej wędrówki codziennej, by wieczorem dotrzeć do dużego i największego z obozów w jakich przebywałem. Był to Reż leżący parę kilometrów od miasta tejże nazwy, nad rzeką Reż. Różnił sie od innych i byliśmy wprost zdumieni. Tu ludzie wykończeni (nie muzułmanie, a dla odmiany zwani dystroficy) przydzielani byli do tak zwanego „ozdrowicielnego komanda” i nie wychodząc do robót poza obóz, a trudniąc się tylko pracami porządkowymi w obozie jak zamiatanie ścieżek, zbieranie odpadków, gałęzi otrzymywali wyżywienie takie jak pracujący ciężko w innych obozach. Najbardziej wycieńczeni przydzielani byli do posług w kuchni. W barakach szpitalnych urzędowali lekarze. Pamiętam nazwiska: Bielecki i Grzywacz. Mieli nawet jakieś leki. Często przychodził lekarz ruski. Nie mniej śmierć i tu zbierała swe żniwo.
Co dziesięć dni następowała komisja lekarska, która decydowała kto z ozdrowicielnego komanda do brygady, lub z brygady do komanda. Na narach- pryczach były sienniki wypełnione trocinami, zagłówki i koce. Stałą plagą, jak w innych obozach, były pluskwy i aby sobie ulżyć co pewien czas zmienialiśmy barak, a opuszczony przez nas był siarkowany. Naczelnik obozu codziennie odwiedzał obóz, dopilnowywał przydziału prowiantu do kuchni i czystości we wszystkich pomieszczeniach.
W obozie tym z woli Stalina spotykali się ludzie obu płci, różnego wieku, przekonań religijnych i politycznych, różnych ras i narodowości i różnych zawodów oraz pozycji społecznych, zaczynając od parobka i robotnika kończąc na właścicielach ziemskich, lekarzach i inżynierach. Duchowny i ateista, bezpartyjny, komunista i faszysta, Niemiec, polak, Rosjanin, Gruzin, Ormianin, Kirgiz, Jugosłowianin, Czech, Słowak- wszyscy stali w jednych szeregach złączeni jedną niedolą, bez waśni i urazów. Znajdowali się tu przedstawiciele 20 narodowości. Jednak grupą dominującą w organizowaniu zajęć, przydziałów do pracy, organizacją brygad oraz reprezentującą naszą społeczność obozową była dość liczna grupa akowców ze Skierniewic, Warszawy, Piaseczna, Mińska mazowieckiego i nawet Wilna. Prace jakie wykonywaliśmy były bardzo różne. Wewnątrz obozu pracowali szewcy, krawcy, stolarze. Wykonywali prace na zamówienie dla mieszkańców pobliskiego Reża, a zapłatę wykonanych obstalunków naczelnik obozu zakupywał podobno dodatkowy prowiant, co dodatnio wpływało na nasze wyżywienie. Na roboty za obóz wychodziły brygady murarzy, tynkarzy, do spławu drewna, wyrębu lasu, prac w tartaku, rozładunku koksu, załadunku żeliwa, budowy osiedla, przeładunku zboża i inne. Wyżywienie 600- 800 gram chleba dziennie w dwóch porcjach. Nasiadanie zupa i kasza. Obiad tylko zupa i na kolacje zupa i kasza oraz pół śledzia lub kawałek ryby. Przed kolacja każdy musiał obowiązkowo wypić kubek „chwoi” to jest naparu z igliwa i pędów sosnowych, a do herbaty dodawano dwie krople jodyny rekompensując brak witamin i jadu. Wypadki szkorbutu i kurzej ślepoty były rzadsze niż w innych obozach. Bojcy nas konwojujący z reguły przystępni i często przymykający oczy na wykroczenia przeciw regulaminowi. Sami z resztą mieli po parę lat odsiadki, a ciekawi byli wieści jakie od nas słyszeli. Zezwalali / lub udawali, że widzą/ na krótkie rozmowy z „wolnymi” i kupno machorki lub handel zamienny.
Podczas prac porządkowych w Reżu, tuz przy ulicy sprzedałem kilkakrotne swe buty, za które otrzymałem pieniądza, ale zawsze konwój zwracał mi buty, a ja dzieliłem się z nimi pieniędzmi. Przez pewien czas nadzorował naszymi robotami dwukrotny bohater Związku Radzieckiego, który siedział w więzieniu, pozbawiono go orderów i odznaczeń, i skazano na zsyłkę za jakieś niestosowne powiedzenie o Stalinie. Siedząc w więzieniu odezwał się do strażnika „Towariszcz”. A ten na to: „ Jaki ja twój towariszcz? Ty zakluczonnyj, a ja wolny człowiek”. Nie oddano mu odznaczeń twierdząc, że jeśli chce je mieć niech na nowo zdobywa je w bojach. W porównaniu z innymi obozami, był to najznośniejszy obóz, w którym zezwolono nawet na organizowanie imprez rozrywkowych pod kierownictwem Aleksandra Aleksego, po powrocie spotkałem go we Wrocławiu z udziałem Zofii Łagowskiej z Warszawy, Hanki Kuchty z Kutna i innych. Zdarzyło się, że wystawiono skecz, w którego końcowej fazie przed widownią zjawia się dyrektor cyrku z tablicą „poszukuje się lwów”. No i za Lwów kilka osób, a wśród nich A. Aleksy otrzymało po trzy dni karceru. Po prowierkach, które z reguły odbywały się w dni wolne od pracy, kazano nam śpiewać:
„Szyroka strana maja radnaja
Mnogo w niej polej, lesów i rek,
Ja drugoj takoj strany nie znaju,
Gdzie tak wolno dysze czełowiek”
My zaś zamiast „dysze” z całym natężeniem śpiewaliśmy „zdycha”, chętnie natomiast śpiewaliśmy Pieśń Burłaków. Przypomina mi się smętna melodia, którą czasem śpiewała o zesłańcu moja matka:
„Szumny wiatr wionął po pustym stepie
i śnieżną zamieć w obłoki wzbił.
Tam tuman biały rwie się i trzepie,
a w oczy sypie rzęsisty pył”
Dalej o zesłańcu, który wyjrzał z kibitki i dumnym lecz smutnym spojrzeniem żegnał rodzinne strony. Od dziesiątków lat powtarzają się zsyłki, deportacje, kibitki i transporty oraz karcery. Karcer nie był tu bardzo uciążliwy niż normalne życie w obozie Kruticha. Często pracowaliśmy w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowań Reża. Schodząc z ostatniego wzniesienia przed nami roztaczał się widok zabudowanego niskimi budynkami drewnianego miasta. Wśród nich w głębi murowany budynek, a przed nim posąg Lenina. Na prawo, na zielonym wzgórzu cerkiew, otoczona parkanem, wyglądająca jak statek prujący zieloną, morską, wzburzoną toń. Na lewo rozlewiska rzeki z mnóstwem pni drewnianych do spławu, które czekały na nas. Ulice nie brukowane. Tylko chodniki obok domu z desek. Na zwykłych deskach napisy: „Prokuror”, „Magazyn” (ale zamknięty na kłódkę) lub „Parikmacher”, czyli fryzjer. Widok nas maszerujących stale w obstawie konwojentów, ulicami Reża udających się do pracy wcale nie był budujący i budził litość i współczucie u jego mieszkańców, a szczególnie osób starszych. Niejednokrotnie starsze kobiety podawały nam kawałek chleba, marchew, brukiew, buraka czy rzepę. Dzielili się z nami czym mogli powodowani ludzkim odruchem pomocy bliźniemu. I chociaż nie wolno im tego było ryzykowali, o czym konwoje wiedzieli, ale udawali, że nie widzą. Sami zresztą pozwalali na zbieranie grzybów w lesie czy podbieranie ziemniaków uprawianych na niewielkich leśnych polankach. Jak w każdym obozie, tak i tu nie wolno było się nam z kimkolwiek kontaktować. Korespondencja z Kraju była bezwględnie zakazana.
Z jednej strony potęga władzy i prawa przez nią ustanowionego z prawem mordowania włącznie, władza mająca do dyspozycji siłę ludzką, otumanioną i zdeterminowaną oraz środki nowoczesnej techniki, a z drugiej strony bez sił, wynędzniała garstka szkieletów obciągniętych skórą zsiniałą na barkach, biodrach, kości ogonowej i łopatkach, a często odleżynach w tych miejscach od twardych desek, ale trwająca w woli życia, w woli wytrwania by powrócić. Niewielu z nas rozumiało i ci starali sie nam pomóc, ale byli to ludzie starsi, pamiętający jeszcze nauki 10-ga przykazań. Oni nie karmili nas naukami największych geniuszy świata Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, jak to starali wmówić nam oficerowie NKWD. W pewnym czasie wybraną z nas grupę wysłano z Reża do obozu Altynaj. (Około 100 km na wschód od Świerdłowska i nieco na północ) Nowy etap prawie radosny, bo każdy wschód słońca potwierdzał zachodni kierunek naszej wędrówki. Każdy wschód wzniecał o trochę nadzieję powrotu do domu. Myśl, że w każdej chwili możemy wrócić do koszmarnej rzeczywistości była straszna. Jestem przekonany, że gdyby to nastąpiło, duża część nie przeżyłaby tej chwili.
Zmieniło się traktowanie nas. Wagony mogły być otwierane. Można było na postojach wychodzić na peron, zaopatrywać się w wodę i rozmawiać ze spotkanymi ludźmi.
Konwój z bronią krótką zjawił się na postojach i pytał czy czegoś nam nie potrzeba. Wstrzymał nawet objazd pociągu, jeśli trzeba było zaopatrzyć się w wodę.
Znów mały obóz z pryczami bez sienników i koców. Dla większości to praca w kopalni węgla w prymitywnych warunkach i równie prymitywnymi sposobami i narzędziami. Był to chyba tak zwany przed wojną „bieda szyb”. Wiem tylko z opowiadań tam pracujących, że urobek wyciągano zwykłą windą, a na wyrobisku posługiwano sie kilofem, oskardem i łopatą. Grubość pokładu przekraczała 160 cm, a więc górnicy pracowali na kolanachNadzieja na wolność i obawa, że w ostatniej chwili kierunek może się zmienić przeplatały się z sobą i trwały prawie 2 tygodnie, po których osiągnęliśmy Brześć nad Bugiem. W tym przejściowym obozie była grupa polskich lotników. Dwa miesiące czekali juz na transport. Mieli nadzieję, że teraz wreszcie wyjadą, a my zajmiemy ich miejsce oczekiwania. Dla nas taka perspektywa byłaby znów bezczynnym okresem udręki i pragnienia przejścia za rodzinny próg. Los był nam przychylniejszy. Zjawił się polski oficer i zebranych nas podzielił na setki. Około południa wyprowadził trzecią setkę, w której się znajdowałem. Prowadził nas sam jeden już bez radzieckiej asysty. Wszystkich zebranych, całą gromadę, a trudno mi ocenić ile osób.
Zaprowadził do wagonów towarowych i kazał się rozlokować i nie oddalać się. Zresztą było to całkiem zbyteczne, bo po sprawdzeniu rozstawy szyn, a były naszej polskiej normy sami się pilnowaliśmy. Przywieziono prowiant rozdzielono na różne porcje. Każdy dzielił się z każdym tak, aby nikt nie był głodny, ale nie obżarty, co mogłoby spowodować zgubne następstwa.
Ja w tym czasie pracowałem w brygadzie w tartaku przy wyrobie pokładów kolejowych. Brygadzistą naszym był Włodzimierz Matys, który przygarnął mnie do swojej brygady pamiętając mnie z kopalni „33 Kapitalnaja” z Jużnego Kospaszu.
Do pracy prowadził nas cywil uzbrojony w pepeszę. Naturalnie był na zsyłce. U pasa zwisał mu mały woreczek, w którym przynosił sobie 2-3 ziemniaki na drugie śniadanie i piekł je w piasku w specjalnym żelaznym pojemniku na piecu.
Z Polakami przebywali Czesi i Słowacy. Ci ostatni chętniej dotrzymywali towarzystwa nam niż CzechomKażde zamknięcie drzwi i przetoczenie wagonu budziło niepewność i kontrolowanie rozstawu. Wśród nocy, przy zamkniętych drzwiach wagonu, pociąg ruszył mozolnie, a może nam się tylko tak wdawało, posuwał się i stanął.
Rozerwały się drzwi i ku naszemu zdziwieniu zjawili się dwaj oficerowie ruscy, co mogło zwiastować coś niedobrego. Skończyło się na przeliczeniu osób w wagonach i wyszli.
Obóz położony był na lekkim zboczu wzniesienia opadającego na wschód. Dzień był wolny od pracy i rano zostaliśmy powiadomieni o dziwnym zjawisku. Poniżej wschodzącego słońca ukazały sie na horyzoncie w poziomie jeszcze trzy, a gdy wzniosły sie wyżej wzeszło jeszcze jedno. Tak więc środkowe słońce miało po jednym po bokach, jedno nad i jedno pod sobą. Im wyżej wznosiły się tym bardziej wydłużały się łukowato i około godziny 11-tej utworzyło kolista tarczę, która powoli znikła. Wspominam o tym, bo to nader rzadkie zjawisko, zwiastujące silne mrozy.
Górnicy wyglądali jak murzyni, bo ilość mydła im przydzielonego na tydzień ledwo starczała na dzień.
Kąpiel w „bani” była udręką. Ciepłej wody zawsze brakowało, a zimną woda i to wydzieloną w drewniane korytko, myć się w zimnym pomieszczeniu, gdy na dworze mróz 35°C nie należało do przyjemności, tak jak nieprzyjemne było czekać na ubranie oddane do woszobojki. Najczęściej jak tylko złapało się swoje ubranie, przebiegaliśmy nago i boso 60 metrów do baraku, bo tam było cieplej. Czasem, gdy się udało chodziłem wieczorem do kuchni obierać ziemniaki. Za oknem na „straży” jako wspólnik stał Józef ILK i łapał rzucanego mu ziemniaka. Po utarciu na samemu wykonanej tarce gotowaliśmy zupę.
Kiedyś wraz z innymi wezwany zostałem na komisję lekarską, składającą się z kobiet. Na oględziny stawało się nago, a polegały one na sprawdzaniu stopnia zwisania skóry na pośladkach. U tych, którzy byli przed przyjazdem tu przy tuszy, fałda skóry na brzuchu tworzyła niby fartuszek.
Komisja uznała mnie prawdopodobnie za dysrofika i za parę dni juz wyjechaliśmy z Altynaj.
Nie spodziewaliśmy się, że znów trafimy do Reża, który mocno się wyludnił i zmienił swój charakter.
Z obozu roboczego stał się prawie wypoczynkowym. Do pracy chodziło niewielu, a reszta wykonywała swe prace porządkowe i zaopatrzeniowe szczególnie w opał, a więc ścinanie drzew, przecinanie na kloce i przenoszenie ich do obozu oraz rąbanie na polana. Kilka baraków stało pustych. Tylko jeden barak szpitalny i to niezapełniony był czynny. Widzieliśmy, że jesteśmy tu tylko na okres podreperowania się, że musi wkrótce nastąpić wyjazd i nastąpił.
Tym razem obóz Chodziakowo / w okolicy Reża/ średniej wielkości, a w nim Polacy, Austriacy, Niemcy, parę Czechów i Węgrów. Wszyscy pracowali tu przy wyrębie lasu, w którym zapoznaliśmy się z segregowaniem drzewostanu krepstojki, awiasosnę, wagonstojki i inne. Wykonanie normy obowiązywało i od znajomości i oszacowania przydatności drzewa zależała od umiejętności wykonania pożądanej normy. Była ona trochę niższa niż dla tak zwanych „wolnych”, to i tak trudna do wykonania. Nie wykonanie normy karane było wydaniem mniejszej porcji zupy /0,5 lita/ oraz mniejszą porcją chleba /400 gram/. Za wykonanie zadania odpowiednio 0,7 litra zupy i 600 gram chleba. Wkrótce pojawił się szkorbut i kurza ślepota, a z terenu obozu zniknął jarmuż, lebioda, mlecz i inne gatunki roślin, które miały względny smak i nie były trujące. Tak było z grzybami, póki ich starczało na wyznaczonej leśnej działce do wyrębu. Na nowych działach leśnych spotykaliśmy kopce około 50 cm wysokie. Po wstąpieniu na nie noga zapadała, a spod spodu mchu wyglądały zmurszałe kloce drewna ułożone, kiedyś przed laty w sągi. Ileż to lat przeleżały i kto je układał?
Najgorsze były pierwsze dni pracy na działce. Wśród poszycia leśnego gnieździły się masami małe muszki i komary, które pokrywały twarz, wciskały się w usta i nos, a przy tym kuły boleśnie. Po wycięciu podszycia leśnego i spaleniu, to znaczy wykonaniu „zaczystki” było znośniej. Teren było podmokły, a stopy cały czas mokre. Wiosną wracając z rejonu pracy do obozu, każdy niósł naręcze gałązek lipowych i w czasie marszu obgryzał pączki listowia i korę.
Gdy lipa miała juz liście, nadawały sie one na zupę, do której przy odrobinie szczęścia dokładało się zdobyty łeb śledzia solonego. Z zasady kucharz obozowy łby śledzi i innych ryb wydawał na recepty lekarza, a był nim Austriak Bayer, tylko chorym na szkorbut i kurzą ślepotę. Resztę zaś wyrzucał do kotła soląc w ten sposób strawę i pożywienie z braku soli. Gdy złapałem szkorbut oddałem porcję chleba za główkę czosnku, którym nacierałem krwawiące i cholernie swędzące dziąsła z ruszającymi się w nich zębami. Można było je palcami nie wyrywać lecz wyjmować.
Jeden raz udało mi się wraz z kolegą Franciszkiem Lemańskim złapać kota. Była to dla nas prawdziwa uczta, chociaż mięso nie było osolone. Znaleziony przypadkiem ogryzek jabłka był również rarytasem.
Tu odkryłem sposób na wykonanie i przekraczanie normy i pomogło mi w obliczaniu normy dla brygady, której byłem brygadierem, bo tak postanowiło kierownictwo obozu.
Pewnego dnia ruski brygadier z „wolnych” kazał postawić szopę na narzędzia i obiecał zaliczyć 100% normy. Słowa dotrzymał, ale następnego dnia nakazał rozebrać szopę, bo stoi nie w tym miejscu i dał znów 100%. Trzeciego dnia szopę ustawiliśmy w innym miejscu za nowe 100%. Taki więc ustawiona była jedna szopa, a norma wykonana w 300%.
Wzorując się na tym oddawaliśmy jedną i tę samą sagę drewna dwukrotnie. Trzeba ją było przestawić, a łatwowierna „pryjomszczyca” Lidka przyjmowała. Oszustwo wydało się i Lidkę zastąpiła Wala, a ja poszedłem z „zwieno” /parę/ z Franciszkiem Lemańskim jako „lesopowalszczyk”. Nie wiem co powodowało Walą, ale sama dopisywała nam procenty i czasem wyróżniani byliśmy mianem stachanowców.
Bywało też, że bywaliśmy na tablicy jako „łodyry”. Podnosiliśmy lament przed Walą, że jest bez serca, chce nas zagłodzić, zamordować i znów Wala starała się abyśmy mieli swa normę. Zaintrygowany tym „naczalnik po trudu” wezwał mnie do siebie na wytłumaczenie. Objaśniłem mu, że wielu stachanowców, którzy bez przerwy wyrabiali normę przez 2-3 tygodnie, leży w szpitalu więcej niż trwało ich stachanowstwo. A nam z Lemańskim to nie grozi. Ot, chitry Polak! Ładno, dzielaj tak dalszo.
Innym razem otrzymaliśmy zadanie wykopania rowków odwadniających przy mającym być położonym torze kolejki leśnej. Wykopaliśmy, ale nie było normy. Trzeba było przyjmującemu i opisującemu robotę odpowiednio przedstawić wykonane dzieło. A więc wykopanie rowu długości, szerokości i głębokości, wyrzucono z rowu ziemi w metrach sześciennych, rozplantowanie ziemi w metrach kwadratowych oraz ubicie, utwardzenie tejże przestrzeni. Norma okazała się przekroczona.
W obozie naszym było kilkunastu młodych Niemców w wieku 17-19 lat. Stworzyli osobna brygadę, a pracowali prawie biegając. Wypracowali normę, ale często odchodził młody człowiek do szpitala i często tez z niego nie wracał. Brak rozsądku, doświadczenia oraz przecenianie własnych sił w obliczu głodu były powodem śmierci młodych ludzi, którzy w chwili wybuchu wojny byli ledwie dziećmi.
My zaś kręciliśmy, mataczyliśmy by jak najmniej pracować, tym bardziej, że coraz więcej i częściej niż w innych obozach mówiono nam o powrocie do domu. Pojawiła się nagle wieść, że mają wyjeżdżać Austriacy, to znów Czesi i Słowacy. Zdarzył się wypadek, że krańcowo wyczerpany Węgier zwariował po upadku wiadomości o wyjeździe Węgrów.
A czas wolno odmierzał godziny i dni, tym wolniejsze, że ciężką wypełnione pracą. Od czasu do czasu popołudniową cisze przerywał głos tartacznego buczka-syreny, oznajmiając zabłąkanemu w lesie robotnikowi, który nie wrócił o wyznaczonej porze, w którym ma iść kierunku. Buczek dawał dawał znaki aż do skutku, to znaczy do powrotu zabłąkanego.
Letni, cieplejszy okres 1947 roku juz minął. Wrzesień chłodny i deszczowy skończył się. W dniu 1-szym października, a dzień był pogodny, wyszliśmy do pracy i jak zwykle tyle razy już, obojętnie wysłuchiwaliśmy jednostajnym głosem wypowiedzianej przez konwoja formuły przed rozpoczęciem marszu: „Brygada wnimanie! Za niewypełnienie zakonnych triebowań konwoja prinimajet aruzie bez uprieduprieżdżenia. Jasno!” i poszliśmy w las.
Po powrocie zauważyliśmy nowe twarze oficerów oraz jakąś krzątaninę. Zwykle zwiastowało to nową wyprzedaż niewolników i nowych kupców przybyłych po towar. Niepewność dokąd i do jakiej pracy trochę nas zaniepokoiła. Spotkała nas tym razem niespodzianka. Naczelnik obozu nakazał Polakom, po przejściu bramy ustawić się w szeregu. Zaznaczył z naciskiem, że tylko sami „nastojaszczi” Polacy. Następnie pojedynczo udawaliśmy się do magazynu. Magazynier po podaniu imienia, imienia ojcowskiego i nazwiska oraz roku urodzenia sprawdzał skrupulatnie czy istnieje w spisie. Gdy istniała zgodność, kazał rozebrać się do naga i otrzymywaliśmy świeżą odzież, bieliznę i buty. Prawda, że mieliśmy otrzymać po dwie koszule i po dwoje kalesonów i tak kwitowaliśmy, ale tylko po jednej sztuce otrzymaliśmy. I tu kradli.
Prawda, że szalik okazał się rękawem faszystowskiej, brunatnej koszuli, buty podobne do polskich postołów z łyka, tylko, że z czegoś podobnego do brezentu podszytego gumą.
A reszta ubrania to… pożal się Boże.
Ale czy to było istotne? Ważne było co będzie dalej?
Po okryciu nas przykazano odpoczywać w barakach i nie wychodzić nawet na dziedziniec „cztoby griazne nie było, a to damoj ujeżdżajetie”- jak nam oświadczył naczelnik.
Nawet tego rodzaju oznaki i powiedzenie nie wyrwały z nas entuzjazmu, tak przywykliśmy do kłamstw.
Tyle było sprzecznych wiadomości, którymi nas pojono, chyba po to, by złamać nas i zmusić do całkowitego zobojętnienia, co zresztą jest celem wszystkich tego rodzaju obozów. Zawsze jednak trwaliśmy w nadziei, że powrócimy do Kraju. Nadzieję tę podtrzymywali usilnie co doświadczeńsi i rozsądniejsi nasi starsi koledzy, którzy twierdzili że utrata nadziei w naszych warunkach równa sie samobójstwu, że ci którzy stracą nadzieję, sami już są z tą chwilą straceni. Mieliśmy zresztą dowody tego. Sam dużo zawdzięczam tej grupie osób światłych: profesorom, magistrom, inżynierom i lekarzom, którzy w wolnych chwilach organizowali pogadanki i dyskusje na różne tematy, poczynając od kosmosu, przez fizykę, chemię, psychikę kończąc na sprawach codziennych. To oddalało nas na krótko co prawda od naszej niedoli, ale zaprzątało umysły, absorbowało myśli odwracając uwagę od podłej i tragicznej rzeczywistości.
Ludzie ci to przeważnie członkowie AK. Oni czuwali też, aby osłabieni przydzielani byli do brygad zatrudnionych przy lżejszych pracach. Oni kontrolowali sprawiedliwie przydziały czegokolwiek, a kradzieże karali z całą surowością.Oni wskazywali na zakłamania, jakimi nas powszechnie karmiono, twierdząc równie dobrze, że rychło wrócimy do domu, jak i to, że dla nas nie ma powrotu, że tu nasz dom, tu nasze życie i tu nasz grób.
Słabsi załamywali się. Wszystko im obojętniało. Śmierć nie przerażała i dla wielu była chyba wybawieniem i końcem piekielnej niedoli.
Dwa tygodnie bezczynności w oczekiwaniu na pewne „coś” co miało nastąpić wypełniliśmy przypominaniem sobie co się jadło i co zjadło by się oraz co sobie po powrocie zjemy.
Ślina leciała i kiszki się buntowały, a ja miałem przed oczyma obraz gospodyni, która gniecie ziemniaki w korycie, posypując je ospą i polewa mlekiem. Och, jak ja bym to jadł! Jakie to musi być smaczne! A ona daje to świnią.
Bezczynność wyczerpywała nas psychicznie do końca możliwości. Niektórzy próbowali uprosić konwojów z leżącego tuz obok garnizonu, aby wzięli ich do rąbania drewna na opał. spostrzegła to „grażdanka wracz”- lekarka. Sprowadziła do obozu. Zagrożono karcerem. Prosiliśmy ‘naczelnika po trudu”, aby dał nam jakieś zajęcie. Pozwolił przenosić trociny w workach napełnionych tylko do jednej trzeciej. Na trasie około 100 m. Wyznaczył trzy punkty odpoczynkowe, a po półtorej godzinie zabrał do obozu na stołówkę i kazał kucharzowi dać nam zupę, bo „choroszo siewodnia rabotali”. co za troska? Jaki kontrast z niedawno wykonywaną pracą?!
Różnego rodzaju domysły plątały się w głowach szkieletów obciągniętych skórą, ale przecież jeszcze myślących i pragnących powrotu do rodziny.
Nagle zebrano nas na dziedzińcu, sprawdzono jak zwykle: imię, imię po ojcu, nazwisko i rok urodzenia. Po tej ceremonii rozdano sienniki, kazano napełnić trocinami, zanieść do wagonów, tam rozlokować się i czekać na odjazd. Przed wyjściem z obozu żegnali nas pozostali towarzysze niedoli i ciężkiej pracy. Najserdeczniej żegnali nas Węgrzy.
Wagony miały prycze, wiadra i beczkę na wodę, wiadra na zupę i piecyk do ogrzewania oraz zapas drewna. Otrzymaliśmy też prześcieradła, zagłówki i koce.
To był komfort dla nas. Odjechaliśmy do Świerdłowska. W tym Świerdłowsku w „Urałmaszzawodzie”. wizytowanym kiedyś przez ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza, również niewolniczo pracowali nasi rodacy.
Podczas dwudniowego postoju przyłączyli inne grupy dla uzupełnienia eszałomu. My zaś kradliśmy torf z opodal stojących wagonów, aby mieć dobry zapas opału.
Rozpoczęła sie jazda i nowy choć krótki etap naszego życia.
Nowy etap prawie radosny, bo każdy wschód słońca potwierdzał zachodni kierunek naszej wędrówki. Każdy wschód wzniecał o trochę nadzieję powrotu do domu. Myśl, że w każdej chwili możemy wrócić do koszmarnej rzeczywistosci była straszna. Jestem przekonany, że gdyby to nastapiło, duża część nie przezyłaby tej chwili.
Zmienilo sie traktowanie nas. Wagony mogły byc otwierane. Można było na postojach wychodzić na peron, zaopatrywać się w wodę i rozmawiac ze spotkanymi ludźmi.
Konwój z bronią krótką zjawil sie na postojach i pytał czy czegoś nam nie potrzeba. Wsztrzymał nawet objazd pociągu, jeśli trzeba było zaopatrzyc się w wodę.
Nadzieja na wolność i obawa, że w ostatniej chwili kierunek może się zmienić przeplatały się z sobą i trwały prawie 2 tygodnie, po których osiągneliśmy Brześć nad Bugiem. W tym przejściowym obozie była grupa polskich lotników. Dwa miesiące czekali juz na transport. Mieli nadzieję, że teraz wreszcie wyjadą, a my zajmiemy ich miejsce oczekiwania. Dla nas taka perspektywa byłaby znów bezczynnym okresem udreki i pragnienia przejścia za rodzinny próg. Los był nam przychylniejszy. Zjawił sie polski oficer i zebranych nas podzielił na setki. Około południa wyprowadził trzecią setkę, w której się znajdowałem. Prowadził nas sam jeden już bez radzieckij asysty. Wszystkich zebranych, całą gromadę, a trudno mi ocenić ile osób.
Zaprowadzil do wagonów towarowych i kazał się rozlokować i nie oddalać się. Zresztą było to całkiem zbyteczne, bo po sprawdzeniu rozstawy szyn, a były naszej polskiej normy sami się pilnowaliśmy. Przywieziono prowiant rozdzielono na różne porcje. Każdy dzielił się z każdym tak, aby nikt nie był głodny, ale nie obżarty, co mogłoby spowodować zgubne następstwa.
Każde zamknięcie drzwi i przetoczenie wagonu budziło niepewność i kontrolowanie rozstawu. Wśród nocy, przy zamknietych drzwiach wagonu, pociąg ruszył mozolnie, a moze nam sie tylko tak wdawało, posuwał się i stanął.
Rozerwały się drzwi i ku naszemu zdziwieniu zjawili się dwaj ficerowie ruscy co mogło zwiastować coś niedobrego. Skończyło się na przeliczeniu osób w wagonach i wyszli.
Pociąg znów leniwie ruszył, jakby bał się uronić cokolwiek, a my w bezruchu i w ciszy czekalismy na moment przekroczenia granicy, na moment wkroczenia w nowe, inne zycie.
Jakże inne od spowiedzianego, wymarzonego i wytesknionego.
Pociąg wytracał bieg, zatrzymał się, gwizdnął. Na widok napisu-Biała Podlaska- szał radości, łzy, całowanie peronu, wzajemne uściski. Potężny wybuch wyzwolonej tęsknoty, marzeń i pragnień. Koniec koszmarnych dni i nocy.
Ściskaliśmy i całowaliśmy siostry czerwonego Krzyża, które witały nas ciepłą strawą i kawą, ale również ciepłym sercem przytulające nas jak własnych synów, braci czy mężów.
Był to nagły spontaniczny i gwałtowny wybuch radości, radości z przetrwania, przeżycia i powrotu.
Rozlokowano nas w barakach i czekaliśmy, po wykonaniu nam zdjęć, na zaświadczenia o przybyciu. Ukradkiem chodziliśmy do miasta. Zostałem z kolegą zaproszony do państwa Laskowskich przez panią Świątkowską przy ulicy Francuskiej w Białej Podlaskiej. Ugoszczona nas serdecznie, ale my jedliśmy niewiele obawiając się, że zrobimy „spustoszenie” w zapasach gospodarzy. Mierzyliśmy naszą miarą.
Innym razem ugościł nas obiadem jakiś restaurator. Spotkał nas na rynku i kazał iść ze sobą. Poszliśmy, bo kazał. Dalej czuliśmy się niewolnikami i nie było jeszcze odruchu sprzeciwu.
Radość z powrotu ustępowała miejsca obawie o rodzinę i najbliższych, o własny los i dalsze poczynania.
Czy zastanę wszystkich? Czy zdrowi? Czy na starych miejscach? A jeżeli nie, to gdzie są i co robią?
Po paru dniach zaopatrzeni w zaświadczenia repatriacyjne rozjeżdżaliśmy się w różnych kierunkach, by spojrzeć na wszystko, co bliskie i tak znajome, a jednak dalekie i niewiadome.
Obdarowani prowiantem z paczek unrowskich i zapomogą tysiąca pięciuset złotych czuliśmy się bogaci. Z takim przeświadczeniem wsiadłem do pociągu. Nie wiedziałem, że w kieszeni mam wartość zaledwie kilku szklanek herbaty i tyluż ciastek. Przekonałem się o tym w Mińsku Mazowieckim, w którym wstąpiłem do kawiarni i poprosiłem o mocną herbatę i ciastko. Kelnerka z miłym i pobłażliwym uśmiechem podała mi, a po spożyciu zapłaciłem szóstą część tego, co posiadałem.
W pociągu jadącym do Warszawy spotkałem Zygfryda Sforka z Poznania. Konduktorowi pokazaliśmy nasze zaświadczenia repatriacyjne /już nie speckontygent, ani internowani, tylko repatrianci/, a ten zabierając mi czapkę z głowy powiedział: „Biedacy!” A zwracając się do podróżnych powiedział: „Proszę państwa! Widzicie rodaków powracających z raju. Co łaska! Proszę o wsparcie, bo nie wiedzą, co ich czeka.” Nie było go dłuższy czas. Już obawiałem się o czapkę. Przyszedł przynosząc w niej sporo banknotów. Nie chciałem przyjąć. Nie mogłem pogodzić się z tą myślą, że to przecież jałmużna, a my nie jesteśmy żebrakami.
Pozostawił mi to na kolanach, a my nie ruszaliśmy tego datku od nieznajomych i nawet niewidzących nas, bo będących w innych przedziałach, ale współczujących nam osób. Jedna z pań, widząc nasze zakłopotanie, rozliczyła zebrane banknoty po połowie, nałożyła mi czapkę, a pieniądze wcisnęła mi do kieszeni. Zawstydzeni siedzieliśmy cicho do samej Warszawy.
I tu przeżyliśmy nasz ostatni strach w tej podróży. Był to widok żołnierza radzieckiego znajdującego się tuż za mną, gdyśmy oczekiwali na tramwaj. Skąd się tu wziął? Chyba po nas? Tym bardziej, że przyglądał się nam nie mogąc rozpoznać w nas żołnierzy, bo nie w mundurach, a przecież w czapkach i szynelach ruskich.
Ciarki mnie przeszły, a włosy chyba się zjeżyły. Towarzysz mój zbladł, a oczy się rozszerzyły. Wybawił nas tramwaj. Odjechaliśmy z ulgą, bo żołnierz został. To spotkanie było dla nas niesamowite. Powiało grozą wspomnień, co dopiero wczoraj przeżytych lat. Zetkniecie z ludźmi na wolności było męczące. Na Dworcu Głównym w Warszawie otoczyła nas gromadka ludzi i zadawali dziesiątki pytań. Staliśmy oszołomieni, wylęknieni i bezradni. Nie rozumieli, ze należy nam się spokój i odpoczynek, osiągnięcie jak najszybciej rodzinnego domu i czasu na przyjście do równowagi psychicznej. Pobyt w obozie przestawił nasz sposób myślenia i wypaczył patrzenie na świat. Jedynie taksówkarz warszawski stanął koło nas i powiedział do otaczających nas: „Ludzie! Dajcie im spokój! Nie meczcie ich! Są dość umęczeni! Nie widzicie jak wyglądają?”. Chciał uraczyć nas wódką jednak nieśmiało zaprotestowaliśmy. Był to pierwszy nasz protest. Poczęstował nas oranżadą i usadowił w pociągu jadącym do Kutna. Do pociągu na Poznań biegliśmy przez tory. Leżał tam ziemniak, który chwyciłem i przezornie schowałem do kieszeni. Taki dorodny, przyda się.
W wagonie starego typu siedzieliśmy na podłodze. Byliśmy dobrze widoczni i my wiedzieliśmy wszystkich. Ludzie nieufnie patrzyli na nas, a jakaś kobieta pościągała swoje tobołki z bagażnika i schowała pod ławkę, na której siedziała. Gdyśmy z Zygfrydem zaczęli rozmowę, zaczęły się pytania, kto my. Po wyjaśnieniu, że Polacy wyjaśniło się również, że kobieta się bała, że ruscy mogą jej ukraść tobołki. Rozwiązał jeden z nich i ofiarowała nam plecak, który wiozła córce. Rozrzewniła się do łez. Już tylko kilometry dzieliły nas od stacji docelowej. Pożegnałem Zygfryda i innych podróżnych i wysiadłem na małej stacji kolejowej. Ojciec był tu kolejarzem.
Z rozrzewnieniem oglądałem bliskie sercu kąty, dom rodziców, znajome strzechy. Piaszczystą drogę, po której biegałem boso będąc dzieckiem i głęboko odetchnąłem. Jeszcze trzy kilometry, a znajdę się wśród rodziny. A czeka mnie żona, synek i córeczka. Pociąg ruszył, a ja jeszcze stałem na peronie ogarniając wzrokiem wszystko dookoła, a wszystko przypominało mi moje szczenięce lata.
Gdy tak stałem, zbliżył się do mnie znajomy wieśniak, popatrzył i rzekł: „Chłopie, ale mi cię żal. Kobieta ci nie żyje.” Słowa te jak piorun mnie uderzyły, ale spytałem cicho: „A dzieci, gdzie?” Odrzekł: „Jedno też ci nie żyje.” A drugie?- spytałem. „U rodziców”. A rodzice, gdzie? „We Wrocławiu”. Poczułem się nagle sam, nikomu i na nic nie potrzebny. I zostałem sam na dalszą drogę usłaną przeszkodami, napiętnowany Uralem. Syn, a miał już 6 i pół roku, gdy dowiedział się, że jestem jego ojcem, przytulił swą główkę do mojej i powiedział: „Już teraz nie jestem sierotą”.
Rodzice przygarnęli mnie do siebie i troszczyli abym wrócił do sił i równowagi psychicznej. Matce udało się z obozowego chuderlaka dokarmić mnie do wagi 64kg przy wzroście174 cm.
Nie mogłem nigdzie otrzymać pracy. Ojciec nalegał i namówił mnie abym dalej ciągnął naukę przerwana przez wojnę. Dwa lata nauki na Studium Przygotowawczym na Wyższe Uczelnie oraz nader życzliwy stosunek wykładowców, ich zrozumienie mego położenia jak również uzyskane rezultaty wróciły mi wiarę we własne siły, a przede wszystkim na powrót wiarę w ludzi.
Pisałem w Kole, w styczniu 1989 roku w 44-tą rocznice mojego aresztowania.
Krótki życiorys własny.
Urodziłem się 9 grudnia 1919 roku w Świętosławicach dany powiat kolski.
Ojciec mój Antoni syn Michała i Apolonii z domu Ulewicz. Rodzice ojca mieli gospodarstwo w Modzerowie koło Izbicy Kujawskiej.
Matka Natalia córka Stanisława Kołodziejczaka i jego żony Anieli z domu Sobolewska. Rodzice matki to rzemieślnicy. Ojciec kowal, a matka rzeźniczka. Mieszkali w Grzegorzewie.
Wychowałem się w Barłogach. Ojciec był pracownikiem PKP. Tu uczęszczałem do szkoły powszechnej, a następnie do siedmioklasowej szkoły w Grzegorzewie. Po jej ukończeniu z wynikiem bardzo dobrym złożyłem egzamin do gimnazjum w Łodzi dokąd po wielu staraniach ojciec otrzymał służbowe przeniesienie, aby móc dzieciom dać chociaż średnie wykształcenie.
Następnie to liceum elektryczne przy Państwowej Szkole Tech.-Przemysł. również w Łodzi.
Wakacje spędzałem na nauce skoków spadochronowych, szybownictwa i pilotażu motorowego kończąc Szkołę Pilotów w Lublinku koło Łodzi.
Tydzień po ukończeniu tejże szkoły zostałem zmobilizowany. Ewakuacja i powrót oraz nauka w liceum do grudnia 1939 roku kiedy to okupant zamknął szkoły. Aresztowania w Łodzi zmusiły mnie do zamieszkania u rodziny matki w Grzegorzewie.
Szczęśliwym trafem zatrudniony zostałem w roku 1940 w Kole jako kierowca u Niemca Richarda Schutze. W roku następnym ożeniłem się z Eugenią z domu Tarkowską i mieliśmy dwoje dzieci- Witolda i Danutę.
Od lipca 1944 do stycznia 1945 przymusowo na tak zwanych okopach w okolicach Koła i w Kole. Po wkroczeniu wojsk sowieckich 19.02.1945 r. do Koła zostałem aresztowany przez NKWD.
22 stycznia 1945 roku deportowany w głąb Związku Radzieckiego i osadzony w łagrach bez sądu. powrót nastąpił 1 listopada 1947 roku.
Córeczka zmarła mając półtora roku w trzy miesiące po moim aresztowaniu.
Żona zmarła 20 sierpnia 1947 roku, a więc krótko przed moim powrotem.
Po okresie rekonwalescencji rozpocząłem naukę na Uniwersyteckim Studium Przygotowawczym we Wrocławiu, bo tu zamieszkiwałem u moich rodziców.
Po ukończeniu wstąpiłem na Wydział Lotniczy politechniki Wrocławskiej. Ze względu na pobyt w łagrach zmuszony zostałem do przerwać stud
Dzięki koledze szkolnemu z lat łódzkich przyjęty zostałem do pracy po dłuższym bezskutecznym jej poszukiwaniu. Pracowałem jako elektrotechnik.
W roku 1953 żenię się powtórnie z Anną z domu Pustówka. Z nią mamy dwoje dzieci- Witara i Wiję.
Po ośmiu latach przechodzę do pracy w żegludze śródlądowej jako pracownik fizyczny, a w latach 1962-1973 to praca taksówkarza. W tym też 1973 jadę do Niemiec do Richarda Schutze, a po powrocie od 1975 do 1979 pracuję jako kierowca.
Stan zdrowia powoduje przejście na rentę inwalidzką. W latach 1976-1984 budujemy z żoną i dziećmi dom w Kole i z Wrocławia przenoszę się tu na stałe.
Mam jedną siostrę Wandę
